Zapraszam na fanpage Malowane kawą na FB - LINK
Tam znajdziesz najnowsze prace malowane kawą, relacje z wystaw i innych imprez kawowych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brzozy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brzozy. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 sierpnia 2011

Plenerowo

          Sierpniowego słońca ostatnio dość mało. Częściej są burze i deszcze. Ale pamiętam ubiegłoroczne lato. Często wychodziłem w plener malować. Chociaż wokół wieżowce i kostka to są jeszcze, na szczęście, zostawione skrawki nieruszo- nych, zielonych terenów. I wcale nie trzeba daleko jechać, aby posmakować ciszy, spokoju i… komarów. Zabieram swój plenerowy zestaw: krzesełko, sztalugi, akwarelki, pędzle papier i kawę. Tuż za blokowym osiedlem jest duża łąka. Idę wzdłuż brzegów rzeki Rakówki, przedzierając się przez wysokie trawy. Nikt tego nie kosi. Jest dziko i przepięknie zielono. Czasem można spotkać bażanta albo przepiórki. Szukam miejsca gdzie byłby cień i ładny widok do namalowania. Zawsze długo szukam takiego miejsca, bo trudno jest mi się zdecydować czy lepiej ten czy tamten widoczek. Zdarza się, że nieraz tylko siedzę i patrzę…. Mijają kolejne minuty, godzina… Słońce zmienia swoje położenie. Cienie stają się coraz większe. Kolory się zmieniają i w efekcie nic nie maluję. Tym razem się udało.
Siadam gdzieś przy drodze. Wokół kilka drzewek dających cień. W oddali osiedle domków jednorodzinnych i ten jeden upatrzony przeze mnie - żółty domek. Pojawiał się on już na moich akwarelkach i akrylach. Tym razem czas na kawę. Siadam wygodnie, przez ramkę wyciętą z tektury sprawdzam sobie kompozycję. Robię szybki szkic. Początek jest chyba najtrudniejszy – od czego zacząć? Nie mam jakiś utartych schematów: tło, 2 plan i na końcu 1 i szczegóły. Maluję tak, jak w danej chwili czuję, że będzie dobrze.
Na mokrym papierze kawa ładnie się miesza. Plamy wychodzą niespodziewane. Jedna, dwie lekkie plamy. Nieco mocniejsza kawa w dolnych partiach. Zaczyna tworzyć się przestrzenny koncert. Promienie słońca przedzierają się miedzy chmurami. Czystą wodą wymywam niektóre fragmenty. Czas na architekturę. Kilka plam z lewej i prawej. Papier jest jeszcze mokry. Kawa miesza się z tłem. Nie chcę robić „sztywnego klocka”. Lepiej jak dom pozostanie w lekkiej mgiełce. Mocniejsze akcenty daję na okna i dach. Kilkoma kreskami zaznaczam zakończenie dachu, który jest w słońcu. Niech podeschnie. Później może do niego jeszcze wrócę. Czas na plan pierwszy. Lubię brzozy. One mają to „coś”. Dużym pędzlem robię kilka plam: jasne, ciemne, mniejsze, nakrapiane - kawą i wodą. Kleksy  zaczynają się przenikać. Wymywam miejsca na białe nie. Nie wszędzie się to da zrobić, aby uzyskać białą kartkę. Kawa zbyt mocno wniknęła w papier. Teraz najmocniejsze akcenty. Szybkie pociągnięcia pędzla. Kreski, plamy. Papier w tym miejscu jest już suchy. Mocne plamy kawy „stoją” w miejscu. Im wyżej, tym mniejsze kropki. Jeszcze kilka większych chłapnięć w korony drzew. Tym, samym „kolorem” robię kępki traw wokół drzew. Niech chwilę podeschnie. Słońce poszło już dalej. Cienie na budynku się zmieniły. Kawa też już trochę zgęstniała. Taką ciemną robię gałęzie. Cienkie pędzelki idą w ruch. Kreski same układają się w konary. Stawiam je w różnych miejscach. Z następnych buduję ogrodzenie wzdłuż drogi. Jeszcze kilka chłapnięć czystą wodą i podpis - „Czarodziej 2010”.
To było dobre popołudnie. Z dala od zgiełku i hałasu miasta. Aż nie chce się wracać. Siedzę jeszcze jakiś czas aż obrazek wyschnie do końca. Nie nacieszyłem się nim długo. Pod koniec czerwca br. znalazł nowego właściciela. Trafił w okolice Paradyża. Otrzymała go nauczycielka jako prezent od Rady Rodziców na zakończenie roku szkolnego. To miłe….
Kilka dni temu byłem na spacerze na tej łące. Trawy chyba jeszcze wyższe niż poprzednio. W słońcu jest przepięknie zielono i soczyście. Niestety komary tym razem wygrywają. Szybko wróciłem z powrotem, ale urok miejsca pozostał. To dobry znak, aby znów wyjść w plener i namalować to miejsce.

wtorek, 19 lipca 2011

parkowo

          Czasami nic mi się nie chce. I nie chodzi o nic nierobienie, bo to by było najgorszą rzeczą. Szukanie zajęcia "na siłę" też nic nie daje. Nieraz tak biorę się za malowanie nowych prac. Nie wytrzymują one zbyt długo. Albo rzucam je niedokończone, albo - jeśli moje nerwy osiągną apogeum - zdarza się, że prace trafiają jak puzzle do kosza. Tego ostatniego nauczyłem się unikać i nieudane prace chowam do teczki. Kiedyś może do nich wrócę.
          Czasami pogoda jest nijaka i nie wiadomo co ze sobą zrobić. Chciałbym zrobić to albo tamto albo może lepiej coś innego. I w efekcie nic nie robię, bo wszytko się psuje. A czas sobie leci.
Idę do parku. Spacer dobrze mi zrobi. Może wtedy przyjdzie mi jakiś pomysł. Za szybko chodzę.  To nie maraton. Miał być spacer a ja lecę jak szalony, bo szkoda czasu. Za 15 minut jestem już w parku. Nie tak miało być. Ludzi też niewielu, bo... ani to ciepło, ani zimno. Tylko patrzeć jak zacznie padać. Oby nie... Idę dalej, popatrzę sobie staw z kaczkami. Jest wolna ławka. Siadam. Lubię patrzeć na wodę. W głowie mentlik różnych myśli. Nie przyjmuję ich do siebie. Przelatują tak bez echa. Szum wody mnie uspokaja. Mijają kolejne minuty. Nie chce mi się wracać. Nie zwracam uwagi na płynący czas.
          Wieczorem wyciągam teczkę z rożnymi kartkami, karteczkami, niedokończonymi obrazkami. Znajduję jakaś małą kartkę ze szkicownika (15x21cm). Pewnie nic ciekawego nie wyjdzie. Wszystko będzie wsiąkać, kolory będą brudne i.... efekt będzie opłakany. Nie mam pomysłu co namalować. Wylewam kawę prosto ze słoiczka. Kilka kropel czystej wody grubym pędzlem. Układają się jakieś plamy. Niech trochę to podeschnie. Znów czysta woda. Robią się duże krople. Kawa trochę się rozpuszcza. Szybko wycieram. Jeszcze nic nie widać. zaczynam bawić się w nakrapianie kawą. Jedna, druga, trzecia warstwa - na przemian z czystą wodą. Na drugim planie zrobimy dwa drzewka. Mała przecierka sztywnym pędzlem i kilka kresek kawą. Niech tak zostanie. Robię powtórkę na pierwszym planie. Tu mysi być ciemniejsza kawa. Jedna, druga i trzecia warstwa. Nie jest dobrze. To co wyschło zaczyna się świecić. Za dużo i za gęsta ta kawa. Próbuję trochę jej wytrzeć. Nie za bardzo wychodzi. Kawa już wsiąkła w papier. Tak jak myślałem. Musi tak zostać. Teraz grube pnie. Zaznaczam je plamkami bardzo ciemna kawą. Jeszcze kilka gałęzi. Ze dwie nieco grubsze. Hm... w miejscu pni, kartki już nie da się wybielić. Mógłbym zrobić ciemne drzewa, ale.... to nie będzie dobrze wyglądało. Wolę brzozy.  Cóż... zostaje mi biała farba. Ladnie się rozprowadza farba i nawet w niektórych miejscach łączy z kawą tworząc ciekawe efekty, ale... Na koniec kilkanaście mechanicznie robionych trawek i podpis -  "CZARODZIEJ 2009". Musi tak zostać. Jest już zbyt późno żeby zrobić nową albo nanieść poprawki. Przy świetle lampki nocnej ciężko mi się maluje. Światło dzienne to co innego. Odkładam, niech dobrze wyschnie. Zobaczę rano jaki będzie efekt.

piątek, 8 lipca 2011

Brzozy

Niedzielne popołudnie. Błękitne niebo  nad głowami. Promienie letniego  słońca przedzierają się między obłokami. Tuż za kościołem  jest park na jednym z osiedli. Dziś może trochę zaniedbany i... te straszydła - połamane ławki, może nadgryzione zębem czasu, jak chciałoby się sądzić. Stoją takie samotne, opuszczone. Ludzi tam niewiele. Nieraz tylko wyjdzie tam ktoś na spacer z psem. I cisza wsród kołysanych wiatrem drzew.
Idziemy razem - ja i ona. Zawsze trzymamy się za ręce wymieniając się spojrzeniami. Już widać park, duża altana, bogaty wachlarz drzew. Zielona trawa, wokół żółte, łąkowe kwiaty i... my zapatrzeni w siebie. A nad nami śpiew ptaków. Czas nie gra roli, biegnie swoim rytmem. Dla nas się jakby zatrzymał. Nie potrzeba wiele słow. Wystarczy dla siebie być. Wystarczy to tajemnicze spojrzenie, lekki uśmiech, ciepły oddech, szeptane do ucha kocham Cię.... Siadamy na trawie. Lekki wiatr rozwiewa jej włosy. Ona zatopiona w lekturze książki a ja wciąż zapatrzony w nią...
          Niedaleko rośnie kilka białych brzóz. Biorę papier, kawę i rozmarzony o letniej miłości robię szybki szkic. Lubię brzozy. One są takie... ciche i spokojne i dają tyle pozytywnej energii. Kilka kawowych plam w tle. Na mokrym papierze kleksy szybko się rozchodzą. Kolejna plama, kreska. Parę ciemniejszych plam na korony drzew. Krople wody łącząc się z kawą tworzą unikalną magie kolorów. Drugi plan zaczyna żyć własną historią. Odkładam, aby trochę podeschło. Ona przewraca kolejne kartki. Tak cicho zatopiona w lekturze. Tajemnicze spojrzenie w jej oczy ukradkiem zabrane...
Czas na brzózki, takie nasze, polskie z zielonymi warkoczami do samej ziemi. Długie, białe pnie z pooraną korą.  Słońce je dobrze oświetla. Teraz najmocniejszy akcent. Dość mocną kawą kilka plam na drzewie. Jedna tu, druga tam. Już wystarczy. Nie za dużo. Tylko kilka. Za nimi kwitnący na czerwono krzew. On jest w cieniu, więc tylko maluję koronę liści. Kilkoma kreskami zaznaczam cienkie pnie. Teraz cień rzucany przez brzozy. Musi być dużo wody. Kawa pięknie sie rozpływa. Sama tworzy sobie ścieżki i plamy. Na koniec kilka brzozowych gałęzi: dwie, trzy, nie za dużo. I podpis w lewym dolnym rogu - "CZARODZIEJ 2010".
Jeszcze długo siedzimy razem. Dzień ma się ku końcowi. Zielona trawa, wokół żółte kwiaty i... my zapatrzeni w siebie. A nad nami wciąż śpiew ptaków. Tylko błękit nieba nabrał rumieńców od zachodzącego słońca. Czas nie gra roli, biegnie swoim rytmem…

niedziela, 3 lipca 2011

Brzozy nad wodą

          Miało być z mojego podwórka, ale... wroćmy jeszcze na krótko do wspomnień z Wrocławia.  Mamy październik 2008. Ponad miesiąc temu wróciłem do domu. Ale w pamięci mam ciekawą wystawę, którą widziałem we wrocławskiej galerii Na Jatkach. Była to wystawa prac wrocławskiego malarza Stanisława Przewłockiego - akwarele. Przeważnie duże prace - cudowne pejzaże, z mgiełką nad wodą, z klimatem, przestrzenne i... farba takie niezwykłe rzeczy robiła na papierze, że... to trzeba było zobaczyć. Byłem zachwycony. Wśród tych prac były brzozy. Postanowiłem na wzór tamtych zrobić swoją,  kwawową wersję. Kilka plam, wszystko na mokrym papierze akwarelowym. Format niewielki. Prawie połowa kartki A4. Plamy się łączą, ale... to nie jest to co widziałem. Nie chcę robić kopii. To ma być moja praca. Wtedy jeszcze nie potrafiłem zrobić ciemej barwy kawą, dlatego jedyny ciemny akcent w pracy zrobiłem akwarelką (i tylko w tej jedynej). Dziś już wiem jak uzyskać prawie czarny kolor kawy.
          Polubiłem brzózki i tą pracę. Za dwa miesiące już wisiała na wystawie z okazji mojego 15-lecia. Teraz nie potrafię sobie przypomnieć, co się z nią później stało. Prawdopodobnie znalazła już nowego właściciela. Mimo, że wciąż królowała architektura, od tego czasu zaczałem malować też kawowe pejzaże. Do tego też nastrajała jesienna aura ze złoto - miodowymi liśćmi.