Zapraszam na fanpage Malowane kawą na FB - LINK
Tam znajdziesz najnowsze prace malowane kawą, relacje z wystaw i innych imprez kawowych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bełchatów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bełchatów. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 września 2018

Zaproszenie na wystawę do Bełchatowa

29 września obchodzimy Międzynarodowy Dzień Kawy. Z tej okazji serdecznie zapraszam na wystawę prac Mariusza Gosławskiego pt. "Malowane kawą"


Na wystawie zaprezentowane zostaną prace - głównie architektura Łodzi i Wrocławia - powstałe podczas plenerów w 2017 roku. Będą także pejzaże innych miast i okolic.
Na wernisażu będzie okazja zobaczyć więcej prac niż pozostanie na wystawie, popatrzeć jak powstaje obraz malowany kawą porozmawiać z autorem a także - spróbować samemu coś namalować

WERNISAŻ

29 września (sobota), godz. 15.00
Cukiernia Degustacja, pl. Narutowicza 16, Bełchatów
(lokal w centrum miasta)

wstęp wolny
Zapraszajcie też swoich znajomych
.








piątek, 28 kwietnia 2017

Zapraszam na wystawę do Bełchatowa

Zostałem zaproszony do pokazania swoich prac w MCK Bełchatów, więc...


Serdecznie zapraszam 9 maja br. (wtorek) na wernisaż wystawy prac malowanych kawą pt. "Łódź kawą malowana".

Na wystawie zaprezentowane zostaną najnowsze moje prace o tematyce łódzkiej - znane, zabytkowe, ale i współczesne obiekty architektury Łodzi. Prace pierwszy raz pokazywane były w Starym Kinie w Łodzi (w lutym br. - cały cykl) a część z nich można było zobaczyć w Warszawie (w kwietniu br.).

WERNISAŻ
9. maja 2017, godz. 18.00 (wtorek)
dolne foyer MCK PGE Giganty Mocy
Pl. Narutowicza 3, Bełchatów

Wystawa dostępna w dniach 9-31.05.2017

wstęp wolny

Zaproście swoich znajomych i przyjaciół.


wydarzenie na fb - https://www.facebook.com/events/1436868703041761/

piątek, 20 maja 2016

Praca pofestiwalowe

Prace powstały podczas 5. Festiwalu Kawy w Łodzi


"Dworek Olszewskich w Bełchatowie"
malowane kawą, 19x42 cm, 14.05.2016
Mariusz Gosławski /370PLN/

"W lesie"
malowane kawą, 21x30 cm, 15.05.2016
Mariusz Gosławski /250zł/

"Wiatrak"
malowane kawą, 15x21 cm, 15.05.2016
Mariusz Gosławski /120 PLN/

"Katedra wrocławska"
malowane kawą, 10x15 cm, 15.05.2016
Mariusz Gosławski /30PLN/.

czwartek, 30 lipca 2015

Widok z okna - Bełchatów

Podjąłem wyzwanie Iga Izabela Elsaid, aby zamiast gotyckich czy barokowych budowli, które uwielbiam, namalować betonowy Bełchatów. Oprócz dworku, to nic ciekawego tutaj nie ma - same blokowiska i beton. Na początek coś łatwego - widok z okna /z drugiej strony mam jeszcze więcej bloków i jeszcze więcej okien, a tego nie lubię malować/



"Widok z okna - Bełchatów"
malowane kawą - 21 x 30 cm - 28.07.2015
Mariusz Gosławski

czwartek, 24 października 2013

Wystawa: "Wrocław malowany kawą"


17 października 2013 roku odbył się wernisaż wystawy: "Wrocław malowany kawą" w Kawiarni Magia Cafe w Bełchatowie. Wystawa składa się z kilku prac, które powstały podczas dwu plenerów w 2012 i 2013 roku we Wrocławiu.
Na spotkaniu, w bardzo kameralnym gronie, zaprezentowałem zdjęcia z obu plenerów. Wystawa będzie wisiała przez kilka miesięcy.

niedziela, 21 lipca 2013

Giełda Staroci i Rękodzieła

W niedzielne popołudnie wziąłem udział w Giełdzie Staroci i Rękodzieła w Bełchatowie. Impreza (hucznie powiedziane) odbywała się przed Muzeum Regionalnym. I tylko 10 stoisk. U mnie oprócz kawowych prac były tez tradycyjne kolorowe akwarelki i serwetki robione na szydełku.
Wystawców niewielu, odwiedzających też niewielu i zainteresowanie też niewielkie. Być możne miejsce, pora dnia i lokalizacja nieodpowiednia. A może znów organizacja nawaliła i stąd brak większego rozgłosu. Aby nie marnować czasu na samo siedzenie, namalowałem w tym czasie dwie nowe prace kawowe. Zamiast siedzieć w tym czasie przed komputerem, spędziłem czas twórczo na powietrzu.





poniedziałek, 25 lutego 2013

Rakówka zimą


Zima się kończy, więc niech będzie jeszcze tak zimowo 
Rzeka Rakówka w Bełchatowie malowane kawą 21 x 30 cm (I.2013) - 120,-

piątek, 22 lutego 2013

Dworek w Bełchatowie


Weekendowa przerwa na dworki Dworek 
Olszewskich w Bełchatowie (woj. Łódzkie) malowane kawą 21 x 30 cm (I.2013) - 150,-

czwartek, 21 lutego 2013

Kościół w Kaszewicach

 
Kościół w Kaszewicach - Ostatni "brudas", od jutra już powinno być lepiej. 
malowane kawą 21 x 30 cm (I.2013) - 100,-

czwartek, 15 listopada 2012

Wystawy nadal dostępne

Kto jeszcze nie zdążył zobaczyć prac klawą malowanych, które wisiały we wrześniu we Fresco Cafe w Łodzi (ul.Piotrkowska 107) i w Magia Cafe w Bełchatowie (ul. 19 Stycznia 12), to ma jeszcze okazję. Dzięki życzliwości właścicieli obu kawiarni, wystawa ponownie zawisła na ścianach bądź nadal wisi i jest dostępna do oglądania. Serdecznie zapraszam.


piątek, 27 stycznia 2012

Bereszit bara...

          Kolejny piątkowy wieczór. Kolejny piątek, kiedy zapalą się świece szabatowe, kiedy usiądziemy przy świątecznie zastawionym stole, kiedy zabrzmią żydowskie melodie. Kolejny piątek, kiedy zabrzmią słowa psalmów i modlitwy Maariw. A między nami będzie unosił się Boży Duch, tworząc klimat zadumy i refleksji. To wyjątkowy czas, czas poświęcony i pobłogosławiony.

          Dziś jest szczególny piątek, bo obchodzimy VII Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu.  Mija godzina 18. W moim oknie płonie kolejna świeca. To „Płomień Pamięci”, który ma przypominać o społeczności żydowskiej, która zginęła w obozach zagłady i w gettach. Warto przy tej okazji sięgnąć do historii naszego miasta. W 1860 roku – według spisu sporządzonego przez ówczesnego burmistrza miasta, w Bełchatowie, obok Polaków i Niemców żyło aż 1 139 Żydów, stanowiących 76% mieszkańców. To dzięki nim, miasto żyło i rozwijało się. Bo kto, jak nie Żydzi założyli tutaj pierwsze manufaktury tkackie, które dały podwaliny pod Bełchatowskie Zakłady Przemysłu Bawełnianego (BZPB), popularną „Bawełnianką”. Dziś po fabryce nie ma śladu, został tylko komin a powstaje w tym miejscu galeria handlowa.

          Czasem, kiedy przechodzę przez centrum miasta (dawnej dzielnicy żydowskiej a później tereny getta) patrzę na tablicę, wiszącą na jednym z budynków domu kultury. Widnieje na niej napis po polsku, angielsku i hebrajsku: „Dla uczczenia pamięci 5.000 Bełchatowskich Żydów zamordowanych przez nazistów w latach 1939-1945”. Jest zniszczona i nikt nie zwraca na nią uwagi. Obecnie budynek, gdzie wisi tablica jest do likwidacji. Co się z nią stanie? Czy może trafi gdzieś w kąt i po kilku latach przypadkiem ktoś ją odnajdzie? Hm… Chciałbym, aby znalazła godne miejsce i przypominała mieszkańcom o ludziach, którzy kiedyś tutaj mieszkali i tworzyli lokalną historię.

          Siadam w blasku świec z kawą i papierem. Robię zarys czytającego Żyda. Dużymi pociągnięciami pędzla zamalowuję większość kartki świeżą kawą. Nie jest to równomierne malowanie. Plamy łączą się ze sobą jak chcą. Kilka przypadkowych plam stawiam na postaci. Przechodzę do twarzy. Nie chcę wszystkiego dokładnie malować. Stawiam małe plamki. Więcej kawy tam, gdzie ma być ciemniejszy kolor. Mam już zarys brwi, oczu, nosa, brody. Daję czas, aby kawa trochę wyschła. Kilkoma kreskami zaznaczam dłonie i księgę. Kolejne plamy kawy stawiam na ubraniu. Tam, gdzie ma być cień, robię kilka warstw. Wracam do twarzy. Kolejne plamy, kreski i kropki stawiam w tych samych miejscach co poprzednio. Zaznaczam okulary.
 
          Pora zabrać się za tałes - chustę. Wpierw delikatniejsze i z większą ilością wody maluję miejsca w cieniu. Kawa na talerzyku już trochę podeschła. Jest gęściejsza i można nią namalować ciemne pasy. Kilka energicznych ruchów szerokim pędzlem. Pozostał nam jeszcze tefilin – czarne skórzane pudełeczko z czterema ustępami z Tory, przywiązane do czoła. Wracam jeszcze do twarzy. Jeszcze kilka małych poprawek, kilka kresek na brodzi i może zostać.

          Długo zastanawiałem się co zrobić z tłem. Czy zostawić takie puste, czy domalować jakąś przestrzeń. Może tekst biblijny, coś z psalmów. Wybrałem początek Tory – Bereszit bara Elohim et hashamaim… „Na początku Bóg stworzył…”. To dobry fragment na początek roku. Ściętym piórkiem i dość rozwodnioną kawą przepisuje literka po literce. Piszę, ile się zmieści. Wygląda to całkiem interesująco. Na koniec jeszcze tylko podpis – Czarodziej 2012.

          To jedna z pierwszych prac, które zrobiłem w nowym roku i od razu trafiła na wystawę do Łodzi. A teraz pora, aby wrócić do świętowania rozpoczętego Szabatu. Znów zabrzmi klezmerska muzyka, przypomną się znajome piosenki. Ale będzie też czas na odpoczynek, chwilę zadumy nad dzisiejszym dniem, nad historią, nad tym, jak dziś traktuje się Żydów. Shalom alehem.

środa, 24 sierpnia 2011

Plenerowo

          Sierpniowego słońca ostatnio dość mało. Częściej są burze i deszcze. Ale pamiętam ubiegłoroczne lato. Często wychodziłem w plener malować. Chociaż wokół wieżowce i kostka to są jeszcze, na szczęście, zostawione skrawki nieruszo- nych, zielonych terenów. I wcale nie trzeba daleko jechać, aby posmakować ciszy, spokoju i… komarów. Zabieram swój plenerowy zestaw: krzesełko, sztalugi, akwarelki, pędzle papier i kawę. Tuż za blokowym osiedlem jest duża łąka. Idę wzdłuż brzegów rzeki Rakówki, przedzierając się przez wysokie trawy. Nikt tego nie kosi. Jest dziko i przepięknie zielono. Czasem można spotkać bażanta albo przepiórki. Szukam miejsca gdzie byłby cień i ładny widok do namalowania. Zawsze długo szukam takiego miejsca, bo trudno jest mi się zdecydować czy lepiej ten czy tamten widoczek. Zdarza się, że nieraz tylko siedzę i patrzę…. Mijają kolejne minuty, godzina… Słońce zmienia swoje położenie. Cienie stają się coraz większe. Kolory się zmieniają i w efekcie nic nie maluję. Tym razem się udało.
Siadam gdzieś przy drodze. Wokół kilka drzewek dających cień. W oddali osiedle domków jednorodzinnych i ten jeden upatrzony przeze mnie - żółty domek. Pojawiał się on już na moich akwarelkach i akrylach. Tym razem czas na kawę. Siadam wygodnie, przez ramkę wyciętą z tektury sprawdzam sobie kompozycję. Robię szybki szkic. Początek jest chyba najtrudniejszy – od czego zacząć? Nie mam jakiś utartych schematów: tło, 2 plan i na końcu 1 i szczegóły. Maluję tak, jak w danej chwili czuję, że będzie dobrze.
Na mokrym papierze kawa ładnie się miesza. Plamy wychodzą niespodziewane. Jedna, dwie lekkie plamy. Nieco mocniejsza kawa w dolnych partiach. Zaczyna tworzyć się przestrzenny koncert. Promienie słońca przedzierają się miedzy chmurami. Czystą wodą wymywam niektóre fragmenty. Czas na architekturę. Kilka plam z lewej i prawej. Papier jest jeszcze mokry. Kawa miesza się z tłem. Nie chcę robić „sztywnego klocka”. Lepiej jak dom pozostanie w lekkiej mgiełce. Mocniejsze akcenty daję na okna i dach. Kilkoma kreskami zaznaczam zakończenie dachu, który jest w słońcu. Niech podeschnie. Później może do niego jeszcze wrócę. Czas na plan pierwszy. Lubię brzozy. One mają to „coś”. Dużym pędzlem robię kilka plam: jasne, ciemne, mniejsze, nakrapiane - kawą i wodą. Kleksy  zaczynają się przenikać. Wymywam miejsca na białe nie. Nie wszędzie się to da zrobić, aby uzyskać białą kartkę. Kawa zbyt mocno wniknęła w papier. Teraz najmocniejsze akcenty. Szybkie pociągnięcia pędzla. Kreski, plamy. Papier w tym miejscu jest już suchy. Mocne plamy kawy „stoją” w miejscu. Im wyżej, tym mniejsze kropki. Jeszcze kilka większych chłapnięć w korony drzew. Tym, samym „kolorem” robię kępki traw wokół drzew. Niech chwilę podeschnie. Słońce poszło już dalej. Cienie na budynku się zmieniły. Kawa też już trochę zgęstniała. Taką ciemną robię gałęzie. Cienkie pędzelki idą w ruch. Kreski same układają się w konary. Stawiam je w różnych miejscach. Z następnych buduję ogrodzenie wzdłuż drogi. Jeszcze kilka chłapnięć czystą wodą i podpis - „Czarodziej 2010”.
To było dobre popołudnie. Z dala od zgiełku i hałasu miasta. Aż nie chce się wracać. Siedzę jeszcze jakiś czas aż obrazek wyschnie do końca. Nie nacieszyłem się nim długo. Pod koniec czerwca br. znalazł nowego właściciela. Trafił w okolice Paradyża. Otrzymała go nauczycielka jako prezent od Rady Rodziców na zakończenie roku szkolnego. To miłe….
Kilka dni temu byłem na spacerze na tej łące. Trawy chyba jeszcze wyższe niż poprzednio. W słońcu jest przepięknie zielono i soczyście. Niestety komary tym razem wygrywają. Szybko wróciłem z powrotem, ale urok miejsca pozostał. To dobry znak, aby znów wyjść w plener i namalować to miejsce.

piątek, 29 lipca 2011

Wycieczka do "Kardynała"

          Budzik dzwoni już kolejny raz. Nie chce nam się wstawać. Za oknem słońce już wysoko i bezchmurne niebo. Będzie ładna pogoda. Zjadamy szybko śniadanie. Drugie śniadanie bierzemy ze sobą w plecaki. Jakieś kanapki, termos z herbatą, jagodniki i wodę mineralną. Koła napompowane, wiec można wyruszyć na rowerową wycieczkę. Początek podróży dość nudnym, bo trzeba przejechać całe miasto. Wyjeżdżamy z miasta. Ruch jeszcze niewielki, godzina dość wczesna. Przed nami 15 kilometrów jazdy ulicą. Jedziemy między lasami. Jest trochę cienia. Po godzinie jazdy docieramy do jednego z punktów wycieczki. To pałac w Klukach. Od ulicy odgrodzony wysokim murem. Niewiele zza niego widać. Jedziemy wzdłuż muru, aby znaleźć wejście. Mijamy ogródki działkowe. Piękne, duże dynie rosną po prawo. A tam dalej jak kolorowo: żółte, czerwone, a tam jeszcze inne kwiaty. Można by usiąść i już tu zostać. Docieramy do bramy pałacowej. Pałac jest w remoncie, ma już nowego właściciela a brama niestety zamknięta. Ale jest domofon. Dzwonimy. Nic z tego. Nie ma żadnej reakcji, nie ma kogo zapytać. Szkoda. Jedynie przez kraty ogrodzenia można popatrzeć. Jedziemy dalej. Mijamy kaplicę i cmentarz wojenny. Zajrzymy tu w drodze powrotnej. Znów las. Komary zaczynają kąsać. Wreszcie docieramy do celu naszej wycieczki. To gospodarstwo agroturystyczne „Kardynał”. Wjeżdżamy na teren. Chwila odpoczynku na potężnych ławkach. Niewielki zbiornik wodny z wodospadem, i słomiane parasole przypominające afrykańskie szałasy. Pusto i cicho. Tylko pracownicy jakoś tak podejrzliwie patrzą. Jedziemy w głąb ośrodka. Mijamy kilka domków, kolejne są w budowie. Dziś jest ich dwanaście, w pełni wyposażonych i oddanych do użytku. Szerokim pasem zieleni idziemy między stawami. Wysokie trzciny, niebieskie ważki, i śpiew ptaków. Siadamy na trawie przy lesie. Robię kilka zdjęć. Pora na drugie śniadanie. 
         Szybki szkic. Kilka dużych kawowych plam tworzy kompozycję chmur na niebie. Zaznaczam drugi plan: jakieś lasy, kępy drzew, krzaki. Po lewo widać zabudowania gospodarstwa. Format pracy niewielki – 10x30cm, więc tylko kilka kropek i kresek. Większymi plamami robię wysepki na stawie. Pora na ciemniejsze akcenty. Mocniejszą kawą z kilkunastu plam robię drzewa rosnące bliżej ośrodka, trzciny pozostające w cieniu i cienie traw na wysepkach, tworząc ich brylowatość. Wysokie i ciemne sosny świetnie kontrastują ze słonecznym niebem i rozświetlonymi dachami budynków. Kilka kresek tworzy mostki łączące wysepki. Delikatnymi pociągnięciami pędzla robię odbicia w wodzie. Niezbyt dużo, aby nie zamalować całej kartki. Jeszcze tylko kilka traw rosnących w wodzie. Na koniec trochę ożywiamy pracę – dwa lecące ptaki i podpis – „Czarodziej 2009”. 
         Po zjedzeniu słodkich jagodników jedziemy dalej. W sąsiedztwie Grobli, w lesie rośnie potężny dąb, nazywany „Dębem Cygańskim”, z którym związana jest lokalna legenda. Otóż królowa Jadwiga podróżującą wraz z orszakiem do Parzna i Sieradza, zabłądziła w czasie burzy w kluckich lasach. Po wielu godzinach, ktoś dostrzegł ognisko i tabor cygański rozłożony w pobliżu wspomnianego dębu. Cyganie serdecznie ugościli Królową i jej dwór oraz nakarmili ich. Drzewo ma już prawie 1000 lat. Choć nie ma żadnych drogowskazów jak do niego dojechać, jedziemy na wyczucie, wzdłuż piaszczystej drogi. Wjeżdżamy w środek lasu. Jest ogromne drzewo otoczone drewnianym płotkiem. Tak, to jest tu. Tabliczka informuje, że to pomnik przyrody. Próbujemy je obią. Niestety nie udaje się. W obwodzie ma podobno 502 cm. Od dołu są dwie jamy. W środku jest pusty. Zaglądamy do niego. Spokojnie mieścimy się  w środku we dwoje. Trzeba się trochę nagimnastykować, żeby zrobić sobie kilka zdjęć. Jest sporo śmiechu. Wychodzimy stamtąd. Drzewo robi niesamowite wrażenie, szczególnie w środku. 
         Pora wracać. Ponownie mijamy „Kardynała”. Na chwilę stajemy przy stadninie koni. Następnie zatrzymujemy się przy współczesnej kaplicy p.w. MB Królowej Polski w Klukach. Nawet jest otwarta. Jeszcze tylko cmentarz wojenny i wracamy do domu. Wycieczka się udała. Warto byłoby się tam kiedyś ponownie wybrać na smażone pstrągi :) i namalować coś nowego.

piątek, 8 lipca 2011

Brzozy

Niedzielne popołudnie. Błękitne niebo  nad głowami. Promienie letniego  słońca przedzierają się między obłokami. Tuż za kościołem  jest park na jednym z osiedli. Dziś może trochę zaniedbany i... te straszydła - połamane ławki, może nadgryzione zębem czasu, jak chciałoby się sądzić. Stoją takie samotne, opuszczone. Ludzi tam niewiele. Nieraz tylko wyjdzie tam ktoś na spacer z psem. I cisza wsród kołysanych wiatrem drzew.
Idziemy razem - ja i ona. Zawsze trzymamy się za ręce wymieniając się spojrzeniami. Już widać park, duża altana, bogaty wachlarz drzew. Zielona trawa, wokół żółte, łąkowe kwiaty i... my zapatrzeni w siebie. A nad nami śpiew ptaków. Czas nie gra roli, biegnie swoim rytmem. Dla nas się jakby zatrzymał. Nie potrzeba wiele słow. Wystarczy dla siebie być. Wystarczy to tajemnicze spojrzenie, lekki uśmiech, ciepły oddech, szeptane do ucha kocham Cię.... Siadamy na trawie. Lekki wiatr rozwiewa jej włosy. Ona zatopiona w lekturze książki a ja wciąż zapatrzony w nią...
          Niedaleko rośnie kilka białych brzóz. Biorę papier, kawę i rozmarzony o letniej miłości robię szybki szkic. Lubię brzozy. One są takie... ciche i spokojne i dają tyle pozytywnej energii. Kilka kawowych plam w tle. Na mokrym papierze kleksy szybko się rozchodzą. Kolejna plama, kreska. Parę ciemniejszych plam na korony drzew. Krople wody łącząc się z kawą tworzą unikalną magie kolorów. Drugi plan zaczyna żyć własną historią. Odkładam, aby trochę podeschło. Ona przewraca kolejne kartki. Tak cicho zatopiona w lekturze. Tajemnicze spojrzenie w jej oczy ukradkiem zabrane...
Czas na brzózki, takie nasze, polskie z zielonymi warkoczami do samej ziemi. Długie, białe pnie z pooraną korą.  Słońce je dobrze oświetla. Teraz najmocniejszy akcent. Dość mocną kawą kilka plam na drzewie. Jedna tu, druga tam. Już wystarczy. Nie za dużo. Tylko kilka. Za nimi kwitnący na czerwono krzew. On jest w cieniu, więc tylko maluję koronę liści. Kilkoma kreskami zaznaczam cienkie pnie. Teraz cień rzucany przez brzozy. Musi być dużo wody. Kawa pięknie sie rozpływa. Sama tworzy sobie ścieżki i plamy. Na koniec kilka brzozowych gałęzi: dwie, trzy, nie za dużo. I podpis w lewym dolnym rogu - "CZARODZIEJ 2010".
Jeszcze długo siedzimy razem. Dzień ma się ku końcowi. Zielona trawa, wokół żółte kwiaty i... my zapatrzeni w siebie. A nad nami wciąż śpiew ptaków. Tylko błękit nieba nabrał rumieńców od zachodzącego słońca. Czas nie gra roli, biegnie swoim rytmem…